
- Pani Basieńko, tylko błagam, nie tak krótko, jak ostatnio i kolor chciałabym blond, a nie żółty – powiedziałam do mojej fryzjerki, którą od czasu do czasu wprawdzie zdradzam, ale i tak z braku lepszej perspektywy wracam do niej z podkulonym ogonem.
MM nie znaczy zawsze Marilyn Monroe >>
Wciąż próbuję znaleźć w Londynie idealnego fryzjera. Moje włosy wytrzymywały już wiele prób: miałam na głowie wszystkie kolory świata, każdy rodzaj cięcia i upięcia, a raz nawet musiałam ogolić głowę na łyso. Doświadczałam wciąż nowych włosowo-estetycznych wrażeń w wielu miejscach, pragnąc znaleźć metodą prób i błędów fryzjera idealnego.
Z niektórych salonów wracałam zapłakana, z rozmazanym makijażem, potargana, czasami szczelnie owinięta chustką, niczym szpieg z krainy dreszczowców, czasami dodawałam dla niepoznaki czarne okulary „muchy”, żeby, nie daj Boże, nikt mnie po drodze nie rozpoznał, zanim udam się do sklepu specjalistycznego po naturalnie wyglądającą perukę. Miałam już na głowie żółte siano od Toni&Guya, miałam też blond przechodzący w odcień spleśniałej zieleni – od pana Mirka, miałam jeża w kolorze płonącej czerwieni od Freddy’e go na Camden, wyglądałam jak zombie po trzęsieniu ziemi, kiedy dwie farby utleniły się niechcąco w salonie pani Ani, która otworzyła pod Londynem nowe studio fryzur, a jej pracownica – Ukrainka Nadia – ni w ząb nie znała angielskiego. Wtedy płakałam po powrocie do domu równy tydzień i wypiłam przed lustrem całą butelkę czerwonego wina. Bo tak się pechowo zdarzyło, że właśnie mnie jako swoją pierwszą klientkę miała farbować tego przeklętego dnia piękna Nadia...
Może to tylko ja mam takiego pecha do fryzjerów w UK? A może ja po prostu ciągle wierzę, że słowa specjalisty: „Tak, tak, oczywiście, wiem o co chodzi” w każdym z dwóch języków mają jakiś głębszy sens, a tak naprawdę są jedynie mechanicznym potakiwaniem? Po tylu tornadach i kolorystycznych tęczach, które spadały na mnie na obczyźnie (a i w Polsce lepiej nie bywało) uczepiłam się myśli, że jednak tylko pani Basia jest najbliższa ideału. No to mówię do tej pani Basi: - Pani Basieńko kochana, ja naprawdę błagam panią na kolanach, złocisto-beżowe refleksy jak u Haidi Klum, a ścinamy tylko końcóweczki i to maksymalnie o 1 centymetr – już się chyba lepiej nie dało wytłumaczyć. Na to pani Basia: - Ależ z pani jest niedowiarek. Przecież zęby zjadłam w tym zawodzie, kursy stylizacji robiłam u najlepszych, fach swój znam lepiej niż niejeden stylista w Hollywood i – dodała – co jak co, ale żadna klientka nie wyszła jeszcze ode mnie niezadowolona. Niech pani siada na fotelu.
Na ugiętych nogach, pełna obaw i traum po ostatnich doświadczeniach – usiadłam. Po dwóch godzinach, kiedy stałam przed lustrem najpierw zamarłam, potem niemo krzyknęłam, a na końcu zemdlałam. Kiedy mnie już cuciła pani Basia i poiła wodą, wysapała: - Pani to chyba jakaś pechowa musi być, pierwszy raz mi się coś takiego w całej karierze zdarzyło. Chyba mi tubki z farbami ktoś popodmieniał. Ale w fioletowych włosach nie wygląda pani wcale tak źle...
Ilona Korzeniowska / Fot. Thinkstock
MM nie znaczy zawsze Marilyn Monroe >>
© Fortis Media Limited 2004-2012
Użytkownicy strony ilondyn.co.uk nie mogą wykorzystywać tekstów do celów komercyjnych bez wiedzy i pozwolenia Redakcji portalu. Kopiowanie, redagowanie i wykorzystywanie w innych celach publikowanych tu tekstów wymaga indywidualnej zgody Redakcji. Kontakt do redakcji: internet@ilondyn.co.uk.
Tagi: kobieta, uroda, włosy, fryzjerzy, Londyn
Redakcja iLondyn.co.uk nie bierze odpowiedzialności za treść komentarzy zamieszczonych przez internautów. Należą one do osób, które je zamieściły.
Dodając komentarz akceptujesz nasz regulamin.
Nieuchronnie zbliżamy się do momentu odkręcenia kurka z gazem i zapalenia znicza obwieszczającego światu, że igrzyska w Londynie czas zacząć. Jej Wysokość Elżbieta II wygłosi stosowną formułkę i zaczną się emocje. Chodzi oczywiście o adrenalinę związaną z rywalizacją o medale, bo niemałe emocje towarzyszą, i to od dłuższego czasu, przygotowaniom do kolejnego wielkiego święta sportu w skali makro! Cysio miał ciężki dzień: w robocie szef się czepiał, randka z Agatą nie wypaliła (mówiła, że zajęta, ale Cysio wiedział swoje), więc co miał Cysio innego do roboty, jak nie zalec przez telewizorem? Wyłożył się Cysio wygodnie na zwieńczającym tapczan kocyku, włączył pierwszy lepszy kanał, a tam łał! Światła, flesze, laski nago latają, a wszystko w stereo i w kolorze – jak więc nie oglądać!? Ja to chyba już nigdy nie znormalnieję. Powoli zaczynam powątpiewać w powodzenie tego procesu. Wszyscy na około starają się wmawiać mi, że z wiekiem obok doświadczenia człowiek nabawia się rozumu, ale po sobie nic podobnego nie jestem w stanie zdiagnozować. Może jestem odporny na wiedzę? Może jednak należę do tych pięciu procent populacji skażonych tzw. defektem Einhorne’a? To, że naród naszych gospodarzy ma fioła na punkcie swej monarchii, potwierdzą chyba wszyscy imigranci. Dla nas ich zachowanie jest tyle niepojęte, co niemądre. Mija już rok od wydarzenia, kiedy to patriotyczne uniesienie Wyspiarzy sięgnęło zenitu.
0 zł
0 zł
0 złŁada się odradza
Cabrio w mgnieniu oka
Prawo pracy: składanie skarg
Nowy Kubica?
Volvo zgarnia nagrody
Koszmar pirata na jawie
Luksus zza oceanu
Jak dopasować kieliszek do alkoholu?
Bezpieczniejsze wyprzedzanie
Oddech samochodu